Słowo na niedzielę 15 grudnia 2013 r. Adwent

„A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. (Mt 11,6)

 


1. Będąc kapelanem szpitala w ostatnie wakacje, ale i kilka poprzednich, miewałem spotkania z ludźmi zaniepokojonymi swoim losem po śmierci. Bagaż grzechów niepokoi. Grzechy nieodpokutowane wprowadzają zwątpienie w miłosierdzie Boga. Czasem udawało się pacjentów zbliżających się do kresu życia doprowadzić do spowiedzi. W jej trakcie zwątpienie najczęściej ustępowało. W duszy rozgrzeszonego panuje pokój. Spotkałem umierającą matkę wątpiącą w nawrócenie syna. Za jego nawrócenie chciała ofiarować Bogu swe cierpienia, niepewny los, wielce prawdopodobną szybką śmierć, a potem ból konania. Umierała kilka godzin później uspokojona wiadomością: syn się wyspowiadał. Będąc świadkiem takiej sytuacji nabiera się ufności w wielkość miłości Boga, który nie gardzi żadną ofiarą, a modlitwy nawet wątpiących wysłuchuje.

 


2. Podczas pracy w tym samym szpitalu byłem świadkiem zwątpienia krewnych pacjenta, którzy poprosili mnie o udzielenie jemu sakramentów. Wyspowiadany kilka dni wcześniej w obecności całej rodziny przyjął najpierw namaszczenie chorych, kilka minut później komunię świętą. Tuż po jej przyjęciu…zmarł. Przerażenie rodziny było ogromne, a córka umarłego zwątpiła w słuszność swej prośby. „Proszę księdza. Może źle zrobiłam prosząc o sakramenty? Może, gdybym tego nie uczyniła, Tata nie umarłby tak nagle? Może zmarł przerażony wizytą księdza?”.

 


3. Sam w życiu miewałem chwile zwątpień. Kiedy jako kleryk zostałem wysłany na parę lat do Francji szczerze wątpiłem w mądrość Opatrzności. „Jak wyjeżdżać do pracy wychowawczej bez znajomości języka?” Pierwsze miesiące obecności w innym kraju były trudne. Wydawało mi się, że nauka języka zupełnie mi nie idzie, zaś strach przed spotkaniami z obcą młodzieżą w internacie podcinał radość i optymizm. Ponad 10 lat później sporo zwątpienia miałem w sercu, gdy umierał mój Tatuś. Nie mogłem być przy Nim - głosiłem rekolekcje w zupełnie innym rejonie Polski. A śmierć przychodziła szybko. Zbyt szybko, by można było pokonać setki kilometrów. Pozostawała nadzieja, że pozostali krewni są „tam”, gdzie ja mogę być tylko duchowo.

 


4. Czytam stwierdzenie Jezusa o błogosławieństwie tych, którzy w Niego nie zwątpią. Rozważanie tego błogosławieństwa przypomniało mi te sytuacje, „moje” i „innych”, oraz sprowokowało pytanie o jakość naszej wiary. Jan Chrzciciel, wspominany minionej niedzieli, zaś w Ewangelii III niedzieli adwentu chwalony przez Mesjasza („Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” Mt 11, 11), nie zwątpił w Jezusa, a ze cenę wierności Jemu i prawdzie, nawet przyjął śmierć męczeńską. Jego wiara była twarda. Do końca. Każdy, tak myślę, chce go w tym naśladować. Przy pierwszej lepszej sytuacji będziemy mieli okazję swoją wiarę wypróbować. Chyba nie zdajemy sobie z tego sprawy, że całe życie doczesne jest dla nas próbą wiary.

 

Ks. Paweł Barylak SDB