Świadectwo Benona

    Jeśli się dłużej zastanowić, to moja przygoda z postem zaczęła się wiele lat temu, kiedy byłem wiernym obserwatorem mojej żony poszczącej co środę na prośbę Matki Bożej z Medżugorie. Dlaczego nie środy i piątki lub same piątki? Bo w piątki często są goście, wyjazdy i tłumaczyć każdemu, że poszczę wywoływało czasem zaskoczenie, niedowierzanie, a nierzadko oburzenie - jak można tak rujnować sobie zdrowie poszcząc bez opieki lekarskiej! Dlatego też moja żona pozostała przy środowych postach.

 

Teraz jak obserwuję nie ma aż takich reakcji ludzi na czyjeś poszczenie. Być może obracam się w śród ludzi, którzy rozumieją w czym rzecz? Może poszczenie stało się w jakiś sposób modne? A może sam czuję się mocniejszy i nie obawiam się reakcji ludzi, bo według zaleceń ewangelicznych „Gdy pościsz nie trąb przed sobą…”. Wiele osób nie zauważa, że pościmy, można to robić po cichutku i dyskretnie.

 

Jak widać post w naszej rodzinie był obecny, również ten dla zdrowia, bo czasem miewało się dolegliwości różnego rodzaju, które ustępowały po paru dniach poszczenia. Nawet infekcje wirusowe trwały krócej przy odstawieniu nabiału i mięsa. W naszym domu zwraca się uwagę na prawidłowe odżywianie, na „pilnowanie wagi” i to wszystko, tak myślę sprawiło, że postu się nie obawiałem.

 

Nasze życie biegło naprzód, mijało różne wiraże i zakręty, aż nadszedł trudny czas kiedy musiałem pojechać za chlebem za granicę. Wróciłem po 1,5 roku do Polski na wieść o ciężkiej chorobie żony. Choroba żony, jej operacja, pobyty w szpitalu, cierpienie nas wszystkich z tym związane były czasem, który, jak się potem okazało przyniósł wspaniałe owoce.

 

Siła, by o tym pisać i mówić. Na pewno pogłębiła się miłość wzajemna, zaufanie Panu, męstwo, zaangażowanie w sprawy bliźnich, a także w życie naszej parafii.

 

Ale jeszcze wtedy nie podjąłem się postu, choć czułem pewnego rodzaju przynaglenia. Przełom nastąpił w momencie gdy dowiedzieliśmy się o nieszczęściu naszego serdecznego przyjaciela. Otóż człowiek ten, którego znam od wczesnej młodości, prawy, uczciwy, szlachetny wykonujący zawód lekarza z pasją i zaangażowaniem, co było doceniane przez wdzięcznych pacjentów, człowiek pełen kultury, cierpliwości, delikatności tak potrzebnej w tym zawodzie - został oskarżony o coś, co położyło się głębokim cieniem na jego profesji, a mianowicie o molestowanie seksualne swoich pacjentów.

 

Trudno opisać, co przeżywała jego rodzina, on sam i jego przyjaciele. Nagonka medialna, zgorszenie i oburzenie w środowisku lekarskim, a także wśród różnych znajomych, którzy „nie byli zaskoczeni, bo on coś za święty był”, atak na niewinnego człowieka tak nagły, skomasowany i podły, że aż dech zapiera. Bezradność, bezsiła, dezorientacja, dowody, które wtedy wydawały się trudne do podważenia, utrata perspektyw i co najgorsze dobrego imienia. Człowiek, który w życiu kierował się tym co dobre, mądre, szlachetne nagle czyta o sobie w mediach rzeczy straszne. Co robić?! Wejść w mysią dziurę? Tłumaczyć się każdemu, że jest inaczej?

 

Wiedziałem, że muszę pojechać do niego i porozmawiać. Pojechaliśmy zatem z żoną wiedząc, że to co na pewno możemy ofiarować to modlitwa i nasza obecność. Potem dowiedzieliśmy się od naszego przyjaciela i jego żony, że przywieźliśmy im nadzieję, dodaliśmy im otuchy, choć wtedy ta sytuacja wydawała nam się, po ludzku rzecz biorąc bardzo trudna.

 

Wiedziałem, że czeka go rozprawa sądowa, a więc dociekliwe pytania adwokatów, sędziego, prokuratora, ataki dziennikarzy szukających sensacji. Czułem ogromne przygnębienie i bezradność mego przyjaciela przed nadchodzącym terminem rozprawy. Czułem też, że MUSI być sposób, by zaradzić złu, które osaczyło niewinnego człowieka. Wtedy z całą mocą dotarł do mnie cytat z Ewangelii wg św. Mateusza 17,21 „Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem”. Było to tak silne przeświadczenie, że istnieje dobry sposób, by oczyścić pole walki z najgorszego, demonicznego tałatajstwa, że obiecałem przyjacielowi, że wraz z żoną przed jego rozprawą będziemy - w miarę naszych sił i możliwości - pościć i modlić się za niego i w intencji mądrze prowadzonej rozprawy sądowej.

 

Rozpoczęliśmy post i modliliśmy się. Efekt tego postu o chlebie i wodzie (żona 3 dni, ja 6 dni) był niezwykły, ponad nasze oczekiwania. Sędzia okazał się zrównoważony, rozsądny i nienapastliwy, adwokat skuteczny, a co najważniejsze rozprawa została utajniona, a co za tym idzie dziennikarze czekający na gorącego „newsa” zostali wyproszeni z sali rozpraw.

 

Od tego czasu atmosfera sensacji wokół naszego przyjaciela przycichła wręcz w niewytłumaczalny sposób, a rozprawy mają spokojny i rzeczowy przebieg. Mamy nadzieję, że cała ta historia skończy się całkowitym oczyszczeniem z zarzutów, bo wiemy, że jest niewinny.

 

Od tego czasu minął rok, a ja uwierzyłem w niezwykłą siłę postu. W wielu ważnych momentach przed ważnymi wydarzeniami, kiedy czułem, że potrzeba szczególnej modlitwy - wtedy podejmowałem post o chlebie i wodzie. Decydowałem się na dziewięciodniowe nowenny; oprócz chleba i wody (czasem gorzkiej herbaty) codziennie uczestniczyłem we Mszy św. oraz przystępowałem do Komunii świętej. Post zaczynałem zawsze spowiedzią.

 

Co daje post i modlitwa? Moje doświadczenie pokazuje mi, że przynosi to dobre owoce. Sprawy w intencji których poszczę układają się, rozwiązują i wyjaśniają w prosty i niezwykły sposób, który odczytuję jako Bożą interwencję.

 

Co daje mi post i modlitwa, a raczej modlitwa postna? Wyciszenie. Skupienie. Potrzebę ciszy do tego stopnia, że nie odczuwałem potrzeby słuchania radia, muzyki czy oglądania telewizji. Przejrzystość myślenia - nagle pojawiają się dobre, nowe pomysły na rozwiązanie różnych, trudnych sytuacji. Łatwiej było mi się modlić i pracować, bo było więcej czasu na jedno i na drugie. Świadoma rezygnacja z wielu dóbr wyostrzała nie tylko zmysły smaku i powonienia, ale przede wszystkim zmysły duchowe. Łatwiej mi było zauważać potrzeby innych, Nierzadko zdarzało mi się, że poszcząc otrzymywałem informacje, że jest pilna potrzeba modlitwy w czyjejś intencji - intencje pojawiały się jedna po drugiej, jakby ktoś wiedział, że poszczę, a przecież nie wiedzieli. Post łagodzi obyczaje. Rozwija cnotę męstwa i cierpliwość. Okazuje się, że mogę wytrzymać to, co kiedyś wydawało mi się niemożliwe! Zdarzało się, że pościliśmy razem z żoną choć ona mniej radykalnie ze względu na stan zdrowia. Wtedy miałem wrażenie, że skuteczność tego postu jest dwukrotnie większa, a wsparcie żony w tej kwestii było nie do przecenienia.

 

Ważne też było i jest dla mnie przekonanie, że wracam do źródeł modlitwy chrześcijańskiej, że włączam się w głęboki nurt modlitwy postnej, poprzez którą można wyprosić i otrzymać więcej łask niż otrzymywałem do tej pory. To uproszczenie życia sprawia, że zaczynam widzieć na nowo z nadzieją na rozwiązanie to co trudne i zagmatwane. Odrywam się od zmysłowości, od jedzenia, dogadzania sobie wokół którego kręci się mój świat, o czym się przekonałem poszcząc i modląc się. Gdy modlę się poszcząc, wyraźniej słyszę głos Pana… Mam nadzieję, że mój trud Mu się podoba… Jestem przekonany i wierzę, że nie jest to czas zmarnowany… Nawet jeśli modlitwa postna nie jest wysłuchana - choć po ludzku czasami tak się wydaje - to i tak nie idzie na marne, gdyż Pan wie co z nią zrobić w czasie tym jak i przyszłym… Zaczynam jednak rozumieć nie to, co ja w tym czasie postu i poprzez post robię, ale to, co Pan robi ze mną.

 

Ben