Świadectwo Joli

    Chyba po trzecim pobycie w Medziugorje odczułam w sercu ogromne pragnienie ofiarowania Matce Bożej postu o chlebie i wodzie. Zaczęłam go praktykować w takiej właśnie formie, początkowo w piątki, a potem także we środy. Ten rodzaj postu sprawiał mi radość, cieszyłam się, że mimo rozmaitych trudności udaje mi się go konsekwentnie stosować. Jednak po pewnym czasie pojawiły się dolegliwości gastryczne, które nasilały się szczególnie w dni postu, niejednokrotnie uniemożliwiając mi wykonywanie normalnych, codziennych obowiązków. Bolałam nad tym, bo tak bardzo chciałam pościć! Zaciskałam więc zęby i nikomu się do tego nie przyznawałam. Co więcej, wydawało mi się to swego rodzaju bohaterstwem. Trwało to jednak do czasu, bowiem w pewnym momencie stan mojego zdrowia tak bardzo się pogorszył, że zatajenie tego faktu stało się po prostu niemożliwe. I jak było do przewidzenia, lekarz zabronił mi pościć. Podobną postawę przyjął zarówno mój spowiednik, jak i kierownik duchowy, dając mi przykład św. Ignacego Loyoli, który poszcząc uparcie, pomimo rad i zakazów, doprowadził się do poważnych schorzeń żołądka. Byłam zgnębiona tymi zakazami, z nutką żalu i zazdrości patrzyłam na tych, którzy mogli pościć, a w czasie kolejnych pobytów w Medziugorje musiałam staczać z sobą ciężkie walki, by wytrwać w posłuszeństwie.


Wtedy też zdobyłam się na głębszą refleksję i odkryłam dwie rzeczy: po pierwsze zrozumiałam, że to właśnie Bóg ma najlepszy scenariusz dla mojego życia i że jeśli chcę na serio żyć z Nim na co dzień, muszę przyjąć Jego plan, nie zaś swój, bez względu na to, czy go rozumiem czy nie.


Po drugie - odkryłam wagę posłuszeństwa (zwłaszcza gdy bardzo kosztuje) i łaskę, która mu towarzyszy. Otworzyły mi się wówczas oczy i pojęłam, jak mój upór - oględnie mówiąc - był dowodem braku roztropności i jak ważne jest dobre rozeznanie duchowe przy podejmowaniu postu i innych umartwień.


Na rekolekcjach ignacjańskich uczono mnie, że zły duch też może podpowiadać dobre skądinąd rzeczy, ale w złym celu, a poznaje się to dopiero po owocach. Uświadomiłam sobie wówczas, że post,o który prosi Matka Boża, w głębszym rozumieniu jego sensu, to nie tylko ograniczenie się do chleba i wody w pewne dni, ale też, a może przede wszystkim, wyrzeczenie się tego, co sprawia mi przyjemność, do czego jestem przywiązana; to rezygnacja z tego, co lubię i ofiarowanie tego, co mnie kosztuje. Jednym słowem to oczyszczenie, czasem bolesne, serca i zmysłów. Odkryłam wtedy, że znacznie Trudniejszy jest post... od siebie, od swoich grzechów, przyzwyczajeń, nawyków, wad charakteru, słabości.


Jak więc teraz poszczę? Praktykuję, można by rzec, dwa rodzaje postu: jeden zewnętrzny, który polega na wstrzemięźliwości w jedzeniu i piciu w środy i piątki (jem mniej i skromniej) oraz wykonywaniu różnych prac, których nie lubię, np.: większe porządku w domu, nadrabianie zaległości, czy załatwianie wiecznie odkładanych na bok spraw, odwiedzenie chorych i inne dobre uczynki. Natomiast drugi (post wewnętrzny) polega na zwalczaniu jakiejś konkretnej mojej słabości, np. skłonności do narzekania i przyjmowanie wszystkiego, co mi Pan daje w tym dniu, a co można by objąć wspólną nazwą ofiary i wyrzeczenia (tego, co mnie boli, co mi dokucza, co mi nie wychodzi, zwłaszcza w sprawach duchowych). Staram się w tych dniach z większą miłością „nosić" moich bliźnich będących w potrzebie, poprzez ofiarowanie Matce Bożej mojego z nimi współodczuwania czy współcierpienia.


Czy post w takiej formie zawsze mi się „udaje"? Skądże znowu! Stwierdzam, że jest o wiele trudniejszy i wymaga znacznie większego samozaparcia niż trwanie o chlebie i wodzie. Ale jest też zbawienny, zmusza mnie bowiem do częstego stawania w prawdzie przed Bogiem, a to zawsze szlifuje w pokorze i w ufności. Dopiero teraz widzę, ile jest we mnie słabości, powierzchowności i ubóstwa wewnętrznego. Matka Boża słowami jednego z orędzi prosi nas, by wszystkie słabości złożyć w Jej sercu, by Bóg przez nas mógł objawić swoją moc!

 

Jola